środa, 2 lutego 2011

T4 posłanki Muchy



"Fakt" zajrzał do partyjnej gazetki PO. Lektura okazała się owocna.

Posłanka PO Joanna Mucha (35 l.), piękna, młoda i wyglądająca na okaz zdrowia, zasiada w komisji zdrowia. I właśnie dbając o naszą kondycję, tłumaczy w partyjnej gazetce, jak najefektywniej wydawać pieniądze na leczenie Polaków. Ma rewolucyjne pomysły, np. nie widzi sensu w robieniu operacji biodra u 85-latka, gdy taka osoba "nie chodzi i nie będzie chodzić, bo się nie zrehabilituje". I w ogóle starsi ludzie to kłopot, bo "chodzą do lekarza co dwa tygodnie dla rozrywki".



Całość wypowiedzi poseł Muchy brzmi (za Tomaszem Machałą, bo nie mam gazetki w ręku):

“Znam dyrektora szpitala, który jest w stanie załatwić sobie w NFZ kontrakt na wykonywanie operacji biodra na tak wysokim poziomie, że nie może go przerobić. W związku z tym zamierza
zwozić ludzi z domu spokojnej starości, bo tam właściwie każdy kwalifikuje się na operację biodra. Tylko jaki jest sens wykonywania takiej operacji u 85-latka, który nie chodzi i nie będzie
chodzić, bo się nie zrehabilituje? Nie chciałabym wyjść na kogoś, kto w czambuł potępia polskich lekarzy. Są wspaniali, ale system niestety skłania do poszukiwania nieetycznych rozwiązań.”


Czyli tak. 85-latek kwalifikuje się do zoperowania, ale to nie ma sensu, bo się nie zrehabilituje. Czyli się kwalifikuje, ale się nie kwalifikuje, bo jest za stary. W ogóle zdaniem poseł Muchy starsi ludzie są kłopotliwi. Poseł Piecha ma rację: najlepiej staruszków rozstrzelać.

Poseł Mucha nie ma pojęcia, oczywiście, o chorobach ludzi starszych. Owszem, jest grupa ludzi, którzy do lekarza idą z każdą zgagą, jednak poseł Mucha powinna wiedzieć, że 85-latka może zabić katar. Polska to nie Europa Zachodnia. Tu ludzie starsi są zaniedbani, przez lata PRL nie mogli dbać o siebie tak, jak ich rówieśnicy w Holandii czy Francji. W Polsce nawet 40-latkowie często nie mają połowy zębów. Niech pani poseł zgadnie, dlaczego. Poseł Mucha powinna tez wiedzieć, że dla 85-latka przewrócenie się o taboret oznacza miesiące bólu i konieczności leczenia. Każda infekcja to ryzyko śmierci.

Poseł Musze należy chyba tez przypomnieć trochę historii. Nie wiem, czy na ekonomii uczą historii. Pewnie czegoś tam uczą. Bycie posłem jednak zobowiązuje nawet posła PO.

Naziści w latach '30 też doszli do wniosku, że niektórzy ludzie dla Rzeszy są kłopotliwi. Na przykład upośledzeni umysłowo, kalecy czy chorzy na padaczkę. Nie oni jedni, rzecz jasna, podobne pomysły były i w USA, i w Szwecji, ale tam stwierdzenie, że niektórzy są nieprzydatni dla państwa doprowadzało do eugeniki (poprzez przymusową sterylizację), natomiast w Rzeszy naziści poszli dalej - po prostu nieprzydatnych i kłopotliwych się pozbywali kulą w łeb, głodzeniem na śmierć albo gazowaniem. Akcja T4 pochłonęła prawie 100 tysięcy istnień.

Zgodnie z logiką poseł Muchy nie ma sensu rehabilitować, na przykład, dzieci z porażeniem mózgowym czy zespołem Downa. Przeciez rehabilitacja ich nie wyleczy, nie? Leczenie staruszka? A po co? I tak zdechnie.

Ot, myślenie pięknych, młodych, wykształconych z wielkich miast. Oby jednak poseł Mucha poczytała trochę o historii, zanim coś powie. Hitler też lubił zwierzątka.

wtorek, 25 stycznia 2011

Sas

Historia za bardzo lubi się powtarzać, czasem przypominając starą płytę. Żyjemy w dziwnych czasach, z dziwnym dymem w głowach i z jeszcze dziwniejszym obłędem w oczach. Patrzę na Rodaków i coraz bardziej przypominają mi się czasy saskie.

Konfederaci barscy w swoich rezolucjach zachwycali się „słodkim Augustów panowaniem”. Skutki ich działań były tak tragiczne, że konfederacji obronić się po prostu nie da. Ale wróćmy do korzeni.

Niewielu pamięta, w jakich okolicznościach August II został obrany na króla. Bez pomocy cara Piotra I byłoby mu trudno. Co więcej, koronę ostatecznie otrzymał dzięki… włamaniu na Wawel. To ten monarcha był odpowiedzialny za całkowite zniszczenie polskiej armii. Poza przebłyskiem sukcesu, jakim było odzyskanie Podola, de facto próżno szukać jakichkolwiek dokonań na korzyść Rzeczypospolitej. Nieudolność władcy przyniosła reakcję – szlachta zawiązała konfederację warszawską, ale i jej skutki były tragiczne. Szwedzi swobodnie hulający po terenach Rzeczypospolitej błyskawicznie wypchnęli na króla Stanisława Leszczyńskiego. Wojna domowa przypieczętowała wyniszczenie potężnego państwa. Potem było jeszcze gorzej. Sejm niemy kojarzą chyba wszyscy – rosyjskie wojska wymusiły zgodę na upadek.

Nieodrodny syn Augusta II nie mógł być inny. Wprowadzony na tron przez Rosjan nie zrobił nic dla Rzeczypospolitej. Ani jeden sejm przez 30 lat nie doszedł do skutku. Poza jednym – tym, na którym potwierdzono królewski tytuł. Armie różnych państw biegały to w tę, to w tamtą, skutecznie rujnując nieszczęśliwy kraj, od czasu do czasu dając spokój.

To chyba w dziejach Rzeczypospolitej najsmutniejsze, że następca Augusta III – jak najbardziej wybrany przy „delikatnej” pomocy Rosjan – usiłujący zrobić cokolwiek (przy czym i tak udało mu się nadspodziewanie dużo) musiał zmierzyć się z klęską, z którą nie poradziłby sobie ani Sobieski, ani Piłsudski, ani nawet Juliusz Cezar. Konfederaci barscy, z których niektórzy może i chcieli dobrze, ale im nie wyszło, ostatecznie dobili Rzeczpospolitą. Nie chodziło o żadną wiarę. Chodziło o obalenie „Ciołka”, nic więcej.

Nie wiedzieć czemu to Poniatowskiego dziś się oskarża o doprowadzenie do upadku Ojczyzny. Kto wie? Czy gdyby barszczanom się udało obalić króla, nie byłoby rozbiorów? Wątpię. Nie byłoby za to Konstytucji 3 Maja i wojny, która nie mogła być wygrana, ale dała cień nadziei. Gdy jednak zerkniemy na powyższe – stanie się jasne, że czasem nie da się uratować niepodległości z kompletnych zgliszcz. Bywa, że jest za późno.

Nicnierobienie epoki saskiej coś powinno nam przypominać. Powinno też doprowadzić do myśli, że im dłużej nasze czasy w takiej formie trwają, tym gorzej dla przyszłości. Błąd popełniony dziś odbije się czkawką. Przekonaliśmy się o tym 300 lat temu. Wtedy wielu było zachwyconych nicnierobieniem. Potem… potem zachwyt przerodził się albo w szaleństwo, albo w przerażenie. Jak jest dzisiaj? Czy „młodzi-wykształceni-z-wielkich-miast” nie popadli w zachwyt? Czy pytają, co będzie potem? Wątpię.

I żeby za 10 lat mi nikt z nich nad głową nie narzekał, że jest źle.

Samiście sobieście wybraliście.

piątek, 21 stycznia 2011

Co z tym Witebskiem?

Zapewne pamiętacie, ze lotniskami zapasowymi dla naszego Tupolewa był Mińsk i Witebsk. Jeszcze w kwietniu prasa zauważyła, że... BOR nie wiedział, gdzie są lotniska zapasowe dla tego lotu. Zaraz potem na temat zapasowych lotnisk wypowiedział się szef MON Bogdan Klich:

- Chciałbym państwu powiedzieć, że lotniska zapasowe zostały jak w każdym przypadku lotu VIP-owskiego określone przez załogę i zostały wskazane dwa lotniska: Mińsk białoruski oraz docelowo także Witebsk - mówił w Sejmie szef resortu obrony.

Teoretycznie więc Tu-154 powinien odlecieć do Witebska:

8.26.38 1 Pilot: Możemy pół godziny powisieć i odchodzimy na zapasowe.

8.26.43 Kokpit: A gdzie jest zapasowe?

1 Pilot: Mińsk albo Witebsk.


Witebsk jest po prostu bliżej granicy z Rosją, a więc i bliżej Smoleńska.

10 kwietnia to była sobota. W soboty lotnisko w Witebsku jest nieczynne. Oczywiście mogło być otwarte specjalnie na okoliczność lądowania Tutkti (zostało otwarte 10 kwietnia dla samolotu wiozącego Jarosława Kaczyńskiego - Smoleńsk odmówił przyjęcia). Sęk w tym, ze skoro nie wiedział nic o Witebsku BOR, to najprawdopodobniej nie wiedział tez o tym kierownik lotniska w Witebsku.

Otóz pragnę PT Czytelników poinformować, że loty tego typu to nie jest "hop siup" i pilot nie moze sobie polecieć "do Moskwy czy gdzieś". Oba lotniska zapasowe powinny być zabezpieczone i na miejscu powinna być zapasowa kolumna przygotowana do transportu. Za to, kochani Czytelnicy, odpowiada MSZ. I oczywiście BOR podlegający MSWiA.

Jezeli rzeczywiście było tak, ze Witebsk był zamknięty, niezabezpieczony, nie było zadnej kolumny transportowej - to powstaje pytanie...

...kiedy, do diabła, odpowie za to któryś z kretynów z MSZ i MSWiA?

PS. Nie pamiętam kto to powiedział, ale zaraz po konferencji komisji Millera któryś z komentatorów w TVP Info zauwazył, ze to-coś-zwane-wiezą nie miało pojęcia, ze ma u nich lądować jakiś Tupolew. Nie mogę nigdzie teraz tego znaleźć. Ktoś coś wie na ten temat?

środa, 12 stycznia 2011

Błasik z siekierą

Wszystko stało się jasne. Rosyjscy psychiatrzy odtworzyli to, co działo się na pokładzie TU154. Wiadomo - radz... pardon, rosyjscy naukowcy słyną z genialnych metod śledczych. Oto dowód: gdy amerykańscy archeolodzy odkopali egipską mumię i nie umieli stwierdzić, co to za faraon, pomógł im dopiero radziecki uczony, który ustalił, że mumia to Ramzes XXXII. Jak? To proste - Ramzes się po prostu przyznał.

No więc niezrównani eksperci naszego bratniego narodu z właściwą sobie precyzją zdołali wydobyć wspomnienia z umysłów pilotów. Nad ich głowami stał pijany generał Błasik z siekierą. Drzwi od kabiny pilnowała Anna Walentynowicz, polewająca pasażerom wódkę. Poseł Deptuła groził pilotom zakolczykowaniem, w końcu to weterynarz. Lech Kaczyński zaś wrzeszczał w stronę kabiny, że wyśle pilotów do Berezy Kartuskiej, jeśli nie zetną tej brzozy. Tak się biedni piloci wystraszyli okropności kaczystowskiej katowni, ze postanowili brzozę ściąć.

Musimy więc z należytą wdzięcznością przyjąć raport towarzyszki Anodiny. Metody jej zespołu są niepodważalne: piloci sie po prostu przyznali.

To wszystko byłoby bardzo śmieszne, gdyby nie te milczące groby i mgła nad Warszawą.

czwartek, 23 grudnia 2010

Notatnik filmowy: Jane Eyre




Ekranizacji słynnej powieści Dziwne losy Jane Eyre" Charlotte Bronte było bardzo dużo: za najlepsze uchodzą wersje Roberta Stevensona z 1944 roku (z magnetycznym Orsonem Wellesem i Joan Fontaine) i Franco Zeffirellego z 1996 (z niezrównaną Charlotte Gainsbourg i Wiliamem Hurtem). Na wersje serialowe rzadko zwraca się uwagę: osobiście sądzę, że najlepszy, jak dotąd, jest serial BBC z 2006.

Ruth Wilson, młoda, ale bardzo utalentowana aktorka, udźwignęła trudną rolę, co więcej, chyba jest nawet lepsza od cudownej Fontaine, aktorki przecież legendarnej (wyjaśniam, że Joan Fontaine zagrała główną rolę w rewelacyjnym filmie Alfreda Hitchcocka "Rebecca", opisywanym w moim Notatniku, później zagrała w "Suspicius", za który dostała Oscara; jeśli dalej jej ktoś nie kojarzy, odsyłam do "Przeminęło z wiatrem" i roli jej siostry Olivii de Havilland jako Melanii), jest lepsza też od Gainsbourg. Obie wielkie poprzedniczki wydobywały z niezwykłej postaci Jane Eyre przede wszystkim smutek. Fontaine zdawała się być zalękniona (jak w "Rebecce"), Gainsbourg była nierzeczywista, jak anioł smutku. Wilson - na szczęście - jest inna. Być może to zasługa scenariusza. Serial siłą rzeczy daje więcej czasu na rozwijanie i fabuły, i postaci, jest więc też wierniejszy książce. Tak więc Ruth Wilson pokazuje inne oblicze Jane, a przecież bijące z powieści: jest niespokojna, z tajonym źródłem radości, zwyczajna, a jednocześnie niepospolita. Przyznaję, że taka Jane Eyre podoba mi się bardziej od wiecznie smutnej Gainsbourg.

Uwagę w pierwszym odcinku musi jednak zwrócić Georgie Henley, którą podziwialiśmy jako Łucję w "Księciu Kaspianie" i "Lwie, czarownicy i starej szafie"; pojutrze zaś zobaczymy ją w trzeciej części ekranizacji "Opowieści z Narnii" - "Podróży Wędrowca do Świtu". Młodziutka aktorka jest po prostu wspaniała, równie znakomita jak Anna Paquin z wersji Zeffirellego. Jest oczywiście - znowu - inna; Paquin była w dziecięcym uporze dumna i to dumę przede wszystkim u jej Jane widać, Henley jest jakby mniejsza, bardziej zastraszona, zaciekawiona i dziecinna. Przez to - moim zdaniem - jest bardziej przekonująca.

Jeśli jesteśmy przy Henley, to już w pierwszym odcinku można podziwiać ruch kamery. Zniekształcenia obrazu są celowe i mają podkreślić kruchość dziecka i okrutną potęgę dorosłych - w kolejnych odcinkach zniekształcony obraz będzie przypominał o cierpieniu, jakiego doświadczyła mała Jane.

Ale ja tu o rolach, o kamerze, a tymczasem "Jane Eyre" to absolutna klasyka kina i literatury. Od tego należy zacząć. Może współczesnego widza i czytelnika będzie razić gotyckość tej opowieści, egzaltowane przemowy. Ale taka była epoka, 150 lat temu. Siostra Charlotte Bronte, Emily, stworzyła równie klasyczne "wichrowe Wzgórza", jeszcze bardziej niesamowite i gotyckie, pełne duchów, zjaw i egzaltowanych namiętności. Te opowieści są jednak bardzo wiarygodne. Ludzkie dusze się nie zmieniły. Zmienił się język i czasy - uczucia - nie.

Serial "Jane Eyre" jest więc dobrą propozycją na zimowe wieczory zwłaszcza w czas Bożego Narodzenia. Nie tylko on - warto sięgnąć do innych ekranizacji. Osobiście czekam na najnowszą wersję z Mią Wasikowską. Premiera w przyszłym roku.

wtorek, 14 grudnia 2010

Ludzie honoru i zapomniani sąsiedzi



"Człowiek honoru" niedawno był gościem "Punktu widzenia" na antenie TVP. Pan Redaktor, prowadzący rozmowę, wykazywał głębokie zrozumienie dla generała. Poza kilkoma osobistymi pytaniami właściwie nie zadawał żadnych niewygodnych pytań. Nie reagował na stwierdzenia, ze "groziła interwencja". Pozwolił generałowi mówić, co chciał. Nie zapytał o ofiary. Drugi generał w wywiadzie dla jednego z portali oświadczył ze liczba ofiar stanu wojennego jest "wzięta z sufitu".

Historia Dariusza Bogdana, opisywana tutaj, jest jedną z wielu. Słyszałam historię kobiety, która drukowała dla SW ulotki i którą w końcu aresztowano... razem ze świnką morską. W 1988 roku zarekwirowano jej samochód. Dostała go z powrotem dopiero w 1993, kompletnie zdezelowany, wraz z rachunkiem... Inny działacz dostał na Łąkowej we Wrocławiu taki łomot, że odkleiła mu się siatkówka; pewna dziewczyna, dziś mieszkająca w USA, jeździ na wózku, bo milicjanci przytrzaskiwali jej głowę drzwiami suki.

Czy ktoś tym ludziom powiedział dziękuję? Czy ktoś im zadośćuczynił? Nie; "ludzie honoru są gośćmi waznych mediów i pozwala im się opowiadać, ze są niewinni, pozwala im się z pełnym szacunkiem dla siwych głów potępiać demonstracje na Ikara. Do tych "ludzi honoru" dołącza chór waznych panów publicystów i redaktorów. "Ludzi honoru" nazywa się "powaznymi ekspertami", zaprasza się ich z pompą na wazne zebrania. "Człowieka honoru" broni ten sam pan redaktor, ktory był ofiarą antysemickiej nagonki w 1968 roku, w której uczestniczył "człowiek honoru". Dwóch znanych redaktorów swego czasu posadziło koło siebie mnóstwo "ludzi honoru" i urządziło "sąd" nad pułkownikiem Kuklińskim - w prime time poleciał cały WRON orzekający: "Winny!".

Ofiary "ludzi honoru" żyją daleko od nas, zapomniani. Nie chcą nawet naszej uwagi. Nie chcą poklasku, orderów, przemówień i akademii ku czczi. Nie po to biegali po ulicach z cegłami w ręku i biało-czerwonymi sztandarami.

Czego jednak chcą?

Tego samego, o co walczyli wtedy. Normalnego kraju, sprawiedliwego, gdzie się nie wywraca do góry nogami historii. Jak bardzo muszą być upokorzeni, gdy "ludzie honoru" wygłaszają mowy w telewizji!

Tym bezimiennym ludziom, którzy mieszkają koło nas, tym zapomnianym sąsiadom, warto po prostu, po ludzku, podziękować. Choćby przynosząc pierniki na Święta, wysyłając kartkę z życzeniami.

Niech poczują, że mimo wszystko ktoś o nich pamięta.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Kryminalista i oprawcy




"Jeden z przebywających tam funkcjonariuszy w mundurze oświadczył, że to na powitanie i uderzył mnie w szczękę w ten sposób, że przeleciałem przez stojące obok krzesło. Następnie kopnął mnie kilkakrotnie w plecy oraz żołądek. Zacząłem wymiotować. Wtedy dwóch innych funkcjonariuszy w mundurach, śmiejąc się, wytarli mną wydzieliny, oświadczając, że na milicji musi być ład i porządek. (...) Po każdej odpowiedzi bili mnie pięściami i rękami po twarzy, oświadczając, że i tak stosują ulgę dla małolatów."

Dariusz Bogdan w stanie wojennym miał 15 lat. Drukował podziemna prasę, kolportował wydawnictwa i ulotki. W 1984 roku zgarnęła go milicja za rzucenie w radiowóz słoikiem z czerwoną farbą. Tłukli go 2 tygodnie niemal na okrągło. Stracił częściowo słuch, wzrok, miał złamaną podstawę czaszki, uszkodzony mózg. Nikogo nie wsypał. Dostał wyrok za napaść na funkcjonariusza - rok i 10 miesięcy. Wyszedł po 15 miesiącach, dzięki więziennemu lekarzowi, który działał w podziemiu. Wrócił do struktur podziemnych. W 1987 roku SB porwała go z ulicy i wywiozła do lasu. Kazali kopać grób. Zostawili go samego. Chcieli nastraszyć jego kolegów z redakcji "Szkoły", pisma MKO.
Myślicie, że dostał jakieś odszkodowanie?

Skąd. W 1992 roku Ministerstwo Sprawiedliwości odmówiło rewizji nadzwyczajnej wyroku tłumacząc, ze sąd skazał go sprawiedliwie, a pobicie jest wątpliwe. Dopiero w 2006 IPN uznał, że cięzkie pobicie było zbrodnią komunistyczną. Śledztwo umorzono z powodu niewykrycia sprawców - i to pomimo faktu, że część oprawców Dariusza można odnaleźć dzięki ksiązkom meldunkowym na komendzie przy ul. Grunwaldzkiej we Wroclawiu, gdzie Darek został skatowany. wiadomo, kto był wtedy dzielnicowym. Wiadomo, że dziś ma wysoką emeryturę. Darek pracuje dorywczo. Zyje w biedzie.

"Napaść na funkcjonariusza" znika z akt oskarżonego po 10 latach. Jednak to Darek jest "kryminalistą", a nie ci, którzy mało go nie zabili.


Na zdjęciu Dariusz Bogdan (w ciemnej koszuli) z kolegami, rok 1986.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Nie gada się z bandytami



Jutro o 12 na wrocławskim Rynku koło fontanny
konferencja prasowa Komitetu 39.09 ws. wizyty Dmitrija Miedwiediewa.

sobota, 20 listopada 2010

Zima ptakom niestraszna



Cisza wyborcza. Znakomity czas na uporządkowanie wiedzy niepolitycznej, a potrzebnej i pozytecznej. Meteorolodzy zapowidają śniegi na przyszły tydzień, więc warto pomyśleć juz teraz o naszych sąsiadach - drobnych ptakach.

Wiele razy widuję zimą w parkach próby karmienia ptaków chlebem - pół bochenka, lekko zielonego, dookoła stada gawronów, kawek, kaczek i ptasiej drobnicy. Awantury co chwilę. Efekt: tracą pióra i energię na coś, co im tylko zaszkodzi. Ergo: jak chcesz pokarmić ptaki chlebem, człowieku, to pokrój go w kostkę, i niech, do diabła, nie będzie spleśniały! Ty tez bys takiego nie chciał mieć w brzuszku, prawda?

Jednak gołębie, gawrony i kaczki sobie poradzą. Gorzej - jako ze są mniejsze - mają właśnie drobne ptaki, takie jak wróble, mazurki, sikory i w ogóle drobne łuszczaki.
Co dawać?

Oczywiście niesoloną, świezą słoninę - sikory chętnie jadają zimą tłuszcze. Z tego samego powodu do opakowania po smarowidle do chleba mozna wepchnąć miękki smalec wymieszany z kaszą manną, nasionami (siemię lniane, pestki słonecznika) i powiesić w sąsiedztwie słoniny.

Wróble i mazurki chętniej jedzą ziarna, więc przyda się proso, nasiona oleiste (siemię, słonecznik, ziarna zbóz) wsypane do płaskiego naczynia.

Gdzie takie frykasy jak proso czy zboza kupić? Na wsi nie ma problemu, w mieście mozna co prawda pójść do sklepu zoologicznego i kupić gotowe kule zbozowo-tłuszczowe, ale osobiście mam z nimi złe doświadczenia (bywają po prostu nieświeze). Lepiej iść na targ (w Warszawie np. na Ochocie) i kupić za kilka złotych ziarna. Budzet 20-złotowy wystarczy na bardzo długą zimę.

A gdzie karmić?

Tam, gdzie nie ma wiatru i nie wyrywa ptakowi ziarna z dzioba. Powinno byc na tyle osłonięte, by nie zasypał go śnieg. Ale bez przesady - ptaki nie lubią miejsc, skąd nie ma ucieczki. A krogulec czy kot tez chce jeść. Zostają tez parki, ale nie wszędzie sikorki sa tak oswojone jak w Łazienkach Królewskich, gdzie nawet latem bez problemu mozna stanąć koło krzaków z wyciągniętą ręką i zawsze jakaś przyleci. niech więc to bedzie jakiś zaciszny kąt podwórza czy ogrodu.
A jak juz wszystko będzie gotowe, pozostaje nam cieszyć się urodą ptasią całą zimę i czekać na wiosnę, gdy nasi skrzydlaci przyjaciele uwiją gniazda i zaczną pozerać owady, co zjadają nam marchewkę.


Wróbelek jest mała ptaszyna,
wróbelek istota niewielka,
on brzydką stonogę pochłania,
Lecz nikt nie popiera wróbelka.

Więc wołam: Czyż nikt nie pamięta,
że wróbelek jest druh nasz szczery?!
kochajcie wróbelka, dziewczęta,
kochajcie do jasnej cholery!

K.I.G.

sobota, 13 listopada 2010

Ohydna hiena



Nie znajduję lepszego słowa niż tytułowe na to, co 11 listopada zorganizowała Gazeta Wyborcza. Mniejsza nawet o głupawą wypowiedź młodzieńca o tym, że "naród" to "pseudowartość". Wygwizdanie manifestacji, zwłaszcza składającej się z bardzo róznych środowisk , śpiewającej Hymn jest ohydne i tyle. Jest jednak rzecz jeszcze bardziej ohydna, na którą GW zareagowała entuzjazmem, a na którą parę osób zwróciło uwagę (w tym ja), jednak chyba niedostatecznie.


Nie wiem, kto wymyslił blokowanie w pasiakach. Naprawdę nie wiem. Ale jakim trzeba być człowiekiem, by przebrać kogoś w pasiaka, założyć mu opaskę z Gwiazdą Dawida i postawić naprzeciwko... kogo? Zbrodniarzy z Auschwitz? Jezeli Seweryn Blumsztajn myśli, że jego teza o tym, jakoby maszerujący 11 listopada mordowali Żydów przejdzie, to ręce mi opadają. Czy Rafał Ziemkiewicz albo Paweł Kukiz zamordował jakiegoś Żyda albo popiera mordowanie Żydów? Mnie, jako z pochodzenia Żydówkę, oburza tzkie stawianie sprawy.

Do Młodzieży Wszechpolskiej mam daleko, z ONRem mi nie po drodze, nie mówiąc już o NOPie, niemniej nazywanie wszystkich biorących udział w Marszu Niepodległości "faszystami" to przegięcie, a sugerowanie, jakoby ci wszyscy ludzie popierali zbrodnie hitleryzmu kwalifikuje się do podania GW do sądu.

Duzi, łysi młodzieńcy wrzeszczący coś o "Wielkiej Polsce Katolickiej" albo z transparentami "Europa dla białych, Afryka dla HIV" są, na szczęście, marginesem tak małym, ze właściwie należałoby na nich machnąć ręką. Wszędzie, w każdym środowisku znajdą sie idioci. Tym idiotom trzeba przypomnieć, ze taki Józef Piłsudski czy Jan Kochanowski nie byli katolikami, a Jasną Górę w czasie Potopu ocalił luteranin. Nie wyobrazam sobie, by któryś z tych młodzieńców z NOP trafił kiedykolwiek do parlamentu. Natomiast to, co wyprawia GW, jast duzo groźniejsze. Seweryn Blumsztajn nie jest idiotą. Jest cynikiem.

Jezeli Gazeta Wyborcza do celów politycznych wykorzystuje Holocaust, to jest to gorzej niz ohydne. Jeśli jednak, jak podejrzewam, wykorzystuje tragedię milionów Polaków, Zydów, Cyganów, homoseksualistów i innych do celów autopromocyjnych, to nalezy jej się Hiena Roku.

piątek, 12 listopada 2010

Amok

Ponieważ nie było mnie w warszawie, mogę jedynie napisać, jak wczorajszy dzień wyglądał we Wrocławiu. O ile rano odbyła się wesoła parada z wojskiem i dziećmi, o tyle prawdziwe przedstawienie odbyło sie wieczorem.

Najpierw pod pręgierzem pojawiła się grupa dużych chłopców z flagami. W tym samym czasie pod Fredrą pan w czerwonym kubraczku z logo GW rozdawał gwizdki. W kolejce po gwizdek stali różni ludzie, w tym... kibole. Najlepiej schodziły czerwone i zielone. W tłumie mignął Frasyniuk, Dutkiewicz i Pinior. Tymczasem pod pręgierzem tłum chłopaków rósł. Na winklu ustawił sie potężny kordon policji.

Gdy chłopcy po przemówieniu mieliruszyć w marszu dookoła Rynku, tłum z gwizdkami natarł na kordon. Gwizdy kontra hymn narodowy, Duzi chłopcy: - To my, to my, Po-la-cy! Gwizdzący: - Precz z faszyzmem! Chłopcy: - Polska wolna od lewactwa! Gwizdki: - Wypierdalać! Czoło pochodu me przed transparentem NOPu szła dziewczyna z kolczykami w wardze, a na czele gwizdków biegla jakaś włochata kobieta wrzeszcząca do policjantów, by przegonić brudasów, bo NOP to prawdziwi Polacy.

Krewki starszy pan w asyście dwóch dużych chłopców poprzez kordon wykrzykiwał do dziewczyn w arafatkach: - Wypierdalać do Izraela! To by wam pasowało, Żydy!
Dziewczyna z dredami: - Skurwysyny nas biją, a policja ich chroni, pojebów!
I tak cały czas, aż do przejścia pod Świdnicką, gdzie kontra urządziła sitting na schodach. Policja dziewczyny ze schodów zgarnęła i NOP mógł sobie maszerować dalej. Jakis pan w oknie kamienicy na trasie: - Faszyści do domu!

Pochód dotarł do pomnika Chrobrego, gdzie anarchistka wdrapała sie na postument i usiłowała zawiesić transparent, co jej nie bardzo wyszło, zresztą zaraz zjawiła sie policja i przegoniła stamtąd gwizdki. Policjant do dziewczyny w arafatce: - Wypierdalaj, głupia cipo!

NOP sobie postał, pogadał i... nic. Rozlazł się, podobnie jak anarchiści. Przy okazji pooglądałam sobie, jak wygląda narodowy strój Polaka: składa się on z glanów, spodni moro, flejersa i opaski biało-czerwonej, ewentualnie zielonej ze znaczkiem Falangi. Z drugiej strony strój czytelnika GW składa się z arafatki, okularków, kolorowej bluzy z kapturem - reszta dowolna.

Dialogi na hasła znakomicie ilustrują stan, w jakim sie znaleźliśmy. Ja z NOP nigdy w życiu na marsz nie pójdę (zresztą wcale by nie chceli, bym z nimi szla). Klimaty tego rodzaju nie sa moje, ich wizja świata mi się nie podoba. To NOP wrzeszczał (ale bodajże w Bytomiu): Polska krajem jednej nacji. No cóz. Nie nadaję się na NOPowca. Z kolei GW upiekła pieczeń, wpuszczając czytelników w kanał.

O co chodzi? Otóz dawno temu, gdy powstawał AntiNaziFront, wojna miedzy anarcholami i punkami a naziolami była wojną subkultur. Dzisiaj dzięki GW urosła do rozmiarów wielkiej polityki. GW straszy faszystami, których jest moze w tym towarzystwie garstka, i podpina pod faszyzm np. Ziemkiewicza. Niedługo GW ogłosi, że kazdy niosący 11 listopada flagę jest faszystą. Do wojny z rzekomym faszyzmem GW uzyła broni wyjątkowo ohydnej: przebrała część blokujących w Warszawie w pasiaki. Gdy pod krzyzem na Krakowskim ludzie sie modlili to było to wykorzystywanie krzyza do celów politycznych, a blokowanie legalnej manifestacji pasiakiem absolutnie nie jest wykorzystywaniem Holocaustu.

Kochani, którzy szliście w marszach: i wy, i zaarafatkowana młodziez jesteście marionetkami. GW bez was, bez waszych kłótni, bez waszych agresywnych słów nie istnieje.

Nie istnieje bez was, którzy wyzwiecie swego przeciwnika (albo całkiem przypadkową osobę) od Żydów, bez was, którzy coś ględzicie o Polakach-katolikach. I bez zapłakanych dziewczyn w arafatkach, które czytają tylko GW i naprawdę niewiele z polityki kumają. Wszyscy tkwimy w wyrezyserowanym amoku.
Mi jest naprawdę zal naszej biednej Ojczyzny.

sobota, 30 października 2010

O wyższości pańskiej skórki nad warzywem




I znowu to samo. Włączam radio, a tam pan spikier oświadcza, ze "zgodnie z tradycją wszyscy dziś drazą dynie". Ze jak? Wystawy sklepowe gdzieniegdzie poprzystrajano dyniami. W gazetkach dla gospodyń domowych, rzecz jasna, o dyniach: ciasto dyniowe, dekoracje z dyni, zupa dyniowa. Synek przyjaciółki pewnie znowu od września hodował dynię, a córki koleżanki gorączkowo szukają czarnych płaszczy i podkradają mamie szminkę, by przebrać się za czarownice i pobiegać po osiedlu z dynią. Czy wiedzą państwo juz, jak się czuł biedny robaczek z wiersza Brzechwy, który miał dosyć jabłek?
Cucurbita pepo to warzywo zdrowe - zawiera sporo tłuszczów nienasyconych. Dzień jednak, w którym Amerykanie z braku rzepy zaczęli na Halloween drązyć dynie, jest jednym z najgorszych dni w historii ludzkości. Do Irlandczyków o rzepę pretensji nie mam. Ale po jaką cholerę wujek sam mi teraz wciska szczerbatą dynię (poza celem merkantylnym) nie wiem. W każdym razie mi niedobrze. Najgorzej, gdy dynia jest w zestawie z nietoperzami (milutkie i pozyteczne ssaki), kościotrupami (brrrr) i czarownicą (redaktorze Terlikowski! do boju!).
Owszem. Jest jakieś szaleństwo w tym polskim bieganiu na cmentarze, szorowaniu nagrobków, układaniu stosów okropnych, plastikowych kwiatków, i kłótni przy cmentarnej bramie z ciotką, którą ostatnio widziano równo rok wcześniej. Ale nic nie moze zastąpić pańskiej skórki sprzedawanej pod bramą św. Honoraty na Starych Powązkach. Ani tej atmosfery zadumy, gdy spogląda sie na płytę z datą śmierci 1814. Albo 1920. Albo 1944...
Jezeli ktoś z PT. czytelników będzie tam w poniedziałek, poproszę o jedną pańską skórkę. Żadnych obwarzanków - to zdaje się pomysły krakowskie. Nie życzę sobie zadnych pozdrowień na maila ze zdjęciem dyni czy innego kościotrupa. Wierzę, ze nasze Wszystkich Świętych nie da się Halołinowi. Nie, nie da rady. Na Białorusi do dziś na cmentarze nosi się jabłka - takie echo Dziadów. Tam tez o Halołinie nikt nie myśli.
Czego wszystkim zyczę.


Więc żadnych nie ma duchów?
Świat ten jest bez duszy?
Żyje, lecz żyje tylko jak kościotrup nagi,
Który lekarz tajemną sprężyną rozruszy;

Bo słuchajcie i zważcie na siebie,
Że według bożego rozkazu:
Kto za życia choć raz był w niebie;
Ten po śmierci nie trafi od razu.

wtorek, 19 października 2010

Nie mam juz zludzen

Zludzenia co do tego, ze cos moze w Polsce sie w koncu zmienic, powinny we mnie prysnac kilka dni po tragedii smolenskiej. Wtedy, tego 10 kwietnia, myslalam, w slad za komentatorami, ze moze wszyscy otrzezwiejemy. Niestety. Potem byl krzyz na Krakowskim, brutalne ataki na modlacych sie ludzi, zero pokazywania, ze tam byli nie tylko "obroncy krzyza", czyli katolicy spod znaku Radyja, ale takze Zydzi, muzulmanie, luteranie. Ze wszyscy tam zgromadzeni przez ten krzyz chcieli cos wyrazic, ze ten krzyz byl Znakiem pamieci. Tego jednak - tych rozsadnych glosow, wciaz pelnych bolu po stracie Prezydenta, wspanialych urzednikow panstwowych (takze z TEGO rzadu!), dzialaczy - nie bylo ani w GW, ani w TVN, ani w Dz. W RZ, owszem. Ale Rz to ostatnia duza gazeta piszaca rozsadnie.

Czy ten czlowiek, ktory zabil dzis w Lodzi, byl niezrownowazony, nie wiemy. Od oceny jego poczytalnosci sa psychiatrzy. Niemniej zakladajac jego szalenstwo nie mozna nie zauwazyc, ze nasluchal sie panow Wajdow, Michnikow, Palikotow, Walesow i postanowil zabic kogos z PiS. Nie da sie tego zamiesc pod dywan, chocby panowie Michniki, Wajdowie, Palikotowie, Walesowie bardzo chcieli.

Nie mam jednak zludzen. Mainstream znowu zamiata pod dywan odpowiedzialnosc tych szeroko komentowanych ludzi za smierc czlowieka z biura PiS. Ta smierc jednak - wierze w to gleboko - bedzie sie tym ludziom snic po nocach, w najczarniejszych koszmarach. Bo to oni go zabili slowami.

Nie, nie jestem psychofanka PiSu i Prezesa. Malo tego - uwazam, ze jego dzisiejsza wypowiedz na konferencji prasowej byla nieodpowiednia. Kaczynski czesto przesadza, zbyt czesto uzywa jezyka, ktory obraca sie potem przeciwko niemu. Nie wiem, kto mu pisze przemowienia (pewnie sam to robi), nie wiem, kto mu doradza. W kazdym razie doradza zle. Nie chcialam pisac o jego stanie psychicznym, ale ludzie, zrozumcie - ten czlowiek stracil najblizsza osobe. Trza brac tak zwana poprawke. Ale do kogo ja w ogole mowie? Powinnam mowic do jego doradcow, najblizszego otoczenia. Nic z tego tam nie dotrze, za maly zuczek jestem.

Kiedy pod krzyzem rozgrywaly sie dla nas wszystkich - z rozych powodow - gorszace sceny, napisalam pelen gniewu wpis o tym, ze mainstream i jego wyznawcy postawili nas pod sciana. Nas, obywateli nie wierzacych we wszystko, co powie wszechwladny mainstream. Obywateli w cos tam wierzacych. Obywateli, ktorzy by chieli, by ich zauwazono, ktorzy nie chca byc traktowani jak psychiczne bydlo. Mohery? A gdzie tam. Zwykli ludzie. Niekoniecznie sluchajacy Radyja. Ale czy do wyznawcow mainstreamu cos dociera?

Nie mam zludzen - tu sie nic nie zmieni. Nie licze na zadne otrzezwienie. Czy naprawde jestem jedyna, ktora czuje rosnaca ja wrzod bezsilna wscieklosc? Czy naprawde jestem jedyna, ktora ma tego wszystkiego dosyc? Czy tylko ja coraz czesciej snie o plonacych komitetach?

Postawiliscie nas pod sciana - i zaczeliscie strzelac.

Strzelajcie.

Nas ne podolaty.

Boze, miej nas w opiece

Jestem zbyt wstrzasnieta, by napisac cos dluzszego. Nie moge jednak milczec.

To, co przed chwila wygadywal posel Arlukowicz w TOK FM bylo potworne. Tak potworne, ze nie moge w to uwierzyc. Prowadzacy mowil o kolejnej ofierze smiertelnej, a ten w ogole nie zareagowal, tylko dalej mowil o skandalicznosci wystapienia Kaczynskiego.

Wyobrazam sobie, ze za chwile beda sie pojawiac komentarze roznych publicytow, ktorzy beda smedzic cos o skandalicznosci caloksztaltu dzialan Kaczynskiego. Za chwile jakis posel P. wyskoczy z pytaniem, czy ow szaleniec z nozem nie byl naslany przez Kaczynskiego. Nie ludze sie juz - festiwal nienawisci wobec PiS bedzie trwal. Tak, jak trwa od lat. To my jestesmy bydlo, psychiczni, mohery etc. Kurcze, musze wam cos wobec tego powiedziec: jestem kaczysta, bydlo, psychiczna, moher. No dalej. Przecie macie narzedzia: gazety, telewizje, blogi.

Modle, sie, by Bog mial nas w opiece. Nas i was. Bo nie zapominajcie, ze za poglady mozna zabic kazdego.

poniedziałek, 11 października 2010

Krzyz po holendersku

Pobyt w kraju nad rzeka Amstel jest niezmiernie pouczajacy. Tubylcy dokladnie mnie wypytali o Smolensk i, jak pisalam ostatnio, wyrazili glebokie zdumienie nicnierobieniem polskiego rzadu.

Dzis zainteresowali sie sprawa krzyza pod Palacem Prezydenckim. Po obejrzeniu paru filmikow na youtube (wraz z tlumaczeniem) wyrazili glebokie oburzenie. Dlaczego? Otoz wedle slow znanych mi Holendrow u nich kazdy ma prawo sie modlic. Zawsze. Jakkolwiek. I nikt nie ma prawa mu w tym przeszkadzac. Policjanci bedacy muzulmanami maja prawo do przerwy na modlitwe. Katolicy maja prawo nosic krzyzyki w pracy. Nikomu nic do tego. Chcrzescijanie wszelkich wyznan, muzulmanie, hinduisci i wyznawcy kazdej innej religii moga sie pomodlic na srodku ulicy. Nie wywola to tu zdziwienia.

"Gdyby nasza krolowa zginela w wypadku prawdopodobnie w calym kraju urzadonoby miejsca pamieci i tysiace ludzi by na dowolne sposoby oddawalo jej czesc" - powiedzial mi Walter. -"Pewnie ktos by postawil krzyz. I krzyz mialby prawo sobie stac. No bo komu wlasciwie on przeszkadza? A wy, Polacy, to przeciez katolicy. No to o co chodzi z tymi pijanymi ludzmi?!".

Nie on jeden jest zdumiony. Wszyscy Holendrzy, ktorym opowiadalam o sytuacji z krzyzem, nie mogli uwierzyc w nietolerancje wobec krzyza. W Holandii pijany mlodzieniec sikajacy pod krzyzem zostalby najpewniej zapuszkowany w ciagu kilkudziesieciu minut za okazywanie nietolerancji wobec przedstawicieli grupy wyznaniowej. Pijany mlodzieniec bijacy modlaca sie babcie posiedzialby za nietolerancje wobec jej przekonan i za atak fizyczny.

To jest Holandia. Kraj, w ktorym wiele rzeczy wyglada z polskiej perspektywy co najmniej gorszaco. A jednak tutaj ekscesy antyreligijne alla polacca bylyby po prostu niemozliwe.

sobota, 9 października 2010

Holenderski Smolensk

Z gory przepraszam za brak polskich znakow - ale holenderskie komputry za nic nie chca dostosowac sie do jezyka polskiego. Jestem bowiem w Hadze. Jeszcze nie wiem, jak wyglada, przyjechalismy wczoraj z Amsterdamu, a nie moge nigdzie sie ruszyc. Zwiedzanie Amsterdamu na piechote w niewygodnych butach, z przesunietym szwem od rajstopy bylo.... eeee.... zlym pomyslem. W kazdym razie pecherz na palcu u nogi teraz wyglada jak po wybuchu bomby.

Godzine temu zaprzyjazniony Holender przyszedl z kondolencjami. Minelo pol roku, a Europa pamieta. Holendrzy, rzecz jasna, zupelnie nie orientuja sie w meandrach polskiej polityki - cos tam slyszeli, ze Lech Kaczynski byl nazywany "faszysta", ale Polacy w Holandii go powazali, co dla nich bylo dziwne. Niemniej oni "tez nie lubia komunistow", wiec Kaczynski, jako antykomunista, byl chyba w porzadku.

Kiedy mowie Holendrom, ze znalam czesc Ludzi z tego samolotu, nagle powaznieja (nawet po trawie). Prosza, by im opowiedziec o tych Ludziach. Opowiadam im wiec o Tomaszu, o Stefanie, o Prezydencie. Rozumieja. I wszyscy mowia to samo - w Rosji nikt nie ginie przez przypadek. Bardzo sie dziwia, ze polski rzad oddal Rosjanom sledztwo. "Przeciez to bez sensu" - mowi taki Ronald - "wiadomo, ze nic wam nie powiedza, a Polacy powinni wiedziec lepiej niz my, ze Rosjanie ich oklamuja". Tak mowia Holendrzy, nie nawiedzone babcie spod krzyza. I tlumacza, ze gdyby ich rzad cos takiego zrobil, to po tygodniu mieliby wybory.

Holandia to kraj ledalnej trawy, legalnej prostytucji, wysoko przez Holendrow cenionej wolnosci. Jednoczesnie oni, podobnie jak Niemcy czy Norwegowie scisle przestrzegaja prawa, bo je rozumieja. Tu, jesli ktos sie rzuci pod pociag i kolej ma opoznienie, to pasazerow osobiscie przprasza kierownik peronu, a nowy sklad jest podstawiany w 7 minut. W Polsce w takim przypadku jest ogolny balagan, pociag sie spoznia 2 godziny, nikt nic nie wie, a "przepraszam" pasazer uslyszy najwyzej w kolejce do niezyt czystej dworcowej toalety. Ich mentalnosc jest zupelnie inna. I to oni - ci okropni, rozpasani Holendrzy - tlumacza Polakowi, ze polski rzad robi zle - nie dlatego, ze podobno walczy z narkotykami, ze podobno zwalcza prostytucje, ze walka z aborcja jest fikcja. Dlatego, ze oni nigdy by sobie nie pozwolili, zeby w tak waznej sprawie jak sledztwo po katastrofie, w ktorej gina najwazniejsze osoby w kraju, by rzad mogl udawac, ze wszystko jest OK.

Smutne.

sobota, 18 września 2010

Blumsztajn reaktywacja, czyli B = P

Właściwie nie nalezałoby się zajmować redaktorem Blumsztajnem z "Gazety Wyborczej", podobnie jak nie należy zajmować się posłem P. Poseł P., skazany na medialną banicję, obumarłby medialną śmiercią naturalną, gdyż jak rosnąca na moim parapecie rukola czy rzodkiewka potrzebuje wody, tak poseł P. potrzebuje zainteresowania. Z redaktorem B. jest inaczej. Redaktor B. jest zapraszany do studiów telewizyjnych, wygłasza mądre tyrady, gromi nieodpowiedzialnych, co bronią krzyza albo domagają się wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej, a przede wszystkim ma stałą mozliwość pisania mądrych artykułów do największej gazety w kraju, którą wszyscy cytują. Dopóki więc wszyscy cytują, to niestety trzeba zajmować się redaktorem B.

Redaktor B. wygłosił na łamach GW wykład o tym, dlaczego koniecznie trzeba podnieść wiek emerytalny. Otóz jego zdaniem to jedyna metoda, by uchronić się przed upamiętniaczami. Pisze redaktor B.:

Upamiętniacze rządzą miastami. Stolicą - powstańcy warszawscy, Krakowem - harcmistrz Jerzy Bukowski, 60-latek, który zjednoczył tam wszystkich kombatantów. I pewnie każde miasto kogoś takiego ma.
No dobrze, ale powstańcy mają już pod osiemdziesiątkę, Bukowski, choć pewnie lubi chodzić w krótkich spodniach, od urodzenia był jeszcze starszy, a tu nadchodzi nowe, groźniejsze pokolenie.
Rozglądam się wokół siebie. Coraz więcej moich przyjaciół z Marca '68, towarzyszy z KOR-u i działaczy "Solidarności" przechodzi na emeryturę. Piszą wspomnienia, nekrologi przyjaciół, występują w telewizji przy wszystkich możliwych rocznicach, organizują historyczne konferencje. Są groźniejsi niż starsze pokolenie i "obrońcy" krzyża: wykształceni, ustosunkowani, pożyją jeszcze długo.


Odnoszę wrazenie, ze redaktor B. w zyciu nie widział na oczy zadnego Powstańca, ale mniejsza o to. Nie od dziś jego koledzy z redakcji piszą o rzeczach, o których nie mają pojęcia. Redaktor B. bardzo by chciał, zeby Powstańców Warszawskich kostucha zabrała, bo on juz nie moze patrzeć na kolejne skwerki imienia AK. Najwyraźniej w ogóle zdaniem redaktora B. to skandal, że było jakieś Powstanie. No, po prostu potworność. Zwłaszcza, ze w innym swoim tekście redaktor B. oburzał się na rekonstruktorów - jakim prawem przebierają się za esesmanów i straszą dzieci? Bo, oczywiście, redaktor B. popiera upamiętnianie tylko wtedy, gdy jest to pompatyczne (proszę mi wybaczyć, nie mogę znaleźć lepszego określenia) uczczenie ofiar gett i obozów koncentracyjnych (pod warunkiem, że ofiary były pochodzenia żydowskiego - o Cyganach, na przykład, redaktor B. nie wspomina). Ale nie daj Boze, zeby czczić kogoś innego. Jak wiadomo, ofiarami wojny byli wyłącznie Żydzi. I właśnie dlatego Polacy to naród nieucywilizowany, nieodpowiedzialny, i, o zgrozo, ciemny, bo się modli i czczi nie tych, co trzeba.

Jak długo redaktor B. będzie tokował w mediach, tak długo będzie sączył mi w ucho, że ze mnie jest niecywilizowany orangutan z głębokiej puszczy, a nie Cygan, Żyd i Polak w dodatku. Bo posła P. mozna na banicję skazać, ale redaktora B. się nie da.

piątek, 17 września 2010

Nadzieja

Godzina 17. Wchodzę do punktu ksero i zaczynam drukować ulotki. Kserokopiarka wypluwa kolejne arkusze, a pani za kontuarem bierze jedną kopię do ręki i woła:
- O! To w sprawie Zakajewa! Widzę, ze pani ma nożyczki, niech pani chwilę poczeka, przyniosę gilotynę, potniemy razem... a mogę jedną?
Na ulotkach były adresy e-mail Prokuratury Okręgowej, Prokuratury Generalnej i Ministerstwa Sprawiedliwości.

Godzina 18. Stoimy z Rybitzkym i znajomymi z Twittera pod wystawą "Solidarny Wrocław". Jeden z przewodników wyszedł na fajkę, bierze ulotkę i mówi: - Co za sk...yny. Pewnie, ze podam dalej, rozdam następnej grupie. Daj trochę tych ulotek...

Godzina 19, Świdnicka, tradycyjne miejsce pikiet, demonstracji i zadym we Wrocławiu. Starsza pani: - Pani da parę. Rozdam sąsiadom, przeciez nie zyjemy w Rosji, do cholery!

Godzina 20, Rynek. - A co, Zakajew siedzi? Ch... z nim, niech siedzi. Kolega tegoż osobnika: - No co ty, k...a, ruskie go ścigają, a kłamią w zywe oczy! Pani da, podam sąsiadce.

Godzina 22, Rynek. Telefon od znajomej: - Puścili go! Podaję wiadomość przyjaciołom, zaczynamy bić brawo. Ktoś obok: - Puścili...? - Tak! - Wspaniale!


Tak rodzi się nadzieja.