sobota, 24 lipca 2010

Nigdy więcej "Wprost"




Karta etyczna polskich mediów


Dziennikarze, wydawcy, producenci i nadawcy szanując niezbywalne prawo człowieka do prawdy, kierując się zasadą dobra wspólnego, świadomi roli mediów w życiu człowieka i społeczeństwa obywatelskiego, przyjmują tę Kartę oraz deklarują, że w swojej pracy kierować się będą następującymi zasadami:

Zasadą prawdy - co znaczy, że dziennikarze, producenci, wydawcy i nadawcy dokładają wszelkich starań, aby przekazywane informacje były zgodne z prawdą, sumienne i bez zniekształceń relacjonujące fakty w ich właściwym kontekście, a w razie rozpowszechnienia błędnej informacji niezwłocznie dokonują sprostowania.

Zasadą obiektywizmu - co znaczy, że autor przedstawia rzeczywistość niezależnie od swoich poglądów, rzetelnie relacjonuje różne punkty widzenia.

Zasadą oddzielania informacji od komentarza - co znaczy, że wypowiedź ma umożliwić odróżnienie faktów od opinii i poglądów.

Zasadą uczciwości - to znaczy działanie w zgodzie z własnym sumieniem i dobrem odbiorcy, nieuleganie wpływom, nieprzekupność, odmowa działania niezgodnego z przekonaniami.

Zasadą szacunku i tolerancji - czyli poszanowania ludzkiej godności, praw, dóbr osobistych, a szczególnie prywatności i dobrego imienia.

Zasadą pierwszeństwa dobra odbiorcy - co znaczy, że podstawowe prawa czytelników, widzów i słuchaczy są nadrzędne wobec redakcji, dziennikarzy, wydawców, producentów i nadawców.

Zasadą wolności i odpowiedzialności - co znaczy, że wolność mediów nakłada na dziennikarzy, wydawców, producentów, nadawców odpowiedzialność za treść i formę przekazu oraz wynikające z nich konsekwencje.

niedziela, 18 lipca 2010

GW krzywdzi gejów!

Załóżmy, że GW i Biedroniowi rzeczywiście chodzi o tolerancję. To po co ta parada pod hasłem "Nie lękajcie się" akurat? Większość ludzi się wkurzy. Nie śledziłam, ale mi doniesiono, że na paradzie pojawiła się tęczowa flaga z kotwicą powstańczą, przez co wkurzyli się akowcy, którzy w swojej większości są ludźmi tolerancyjnymi (przynajmniej ci akowcy, których znam osobiście).
Same postulaty w zasadzie nie budzą mojego osobistego sprzeciwu, bo np. prawo do informacji lekarskiej powinno być oczywiste. Prawo do opieki nad dziećmi zmarłego partnera też nie jest zupełnie głupie, bo pamiętajmy, że jeśli, przykładowo, matka zwiała od chlejącego i bijącego męża z dziećmi i zamieszkała z "ciocią", i np. zginęła w wypadku parę lat później, to sąd ma psi obowiązek rozważyć, czy dzieciom nie będzie lepiej u "cioci", którą znają i lubią, niż u wyrodnego tatusia lub u babci, której w życiu nie widziały na oczy. Ale czy do tego potrzebne są osobne przepisy? Nie znam się, nie jestem prawnikiem, ale ponoć to wszystko w prawie już jest, więc postulaty są spełnione.

Więc o co chodzi? O to, by spokojny gej nie łażący na parady dostał po ryju na osiedlu od idioty ogolonego na łyso?

Czy może o to, by nam wmówić, ze jesteśmy ciemnym zaściankiem? Jeśli tak, to może jednak nie kosztem zdrowia i życia gejów i lesbijek.

Tekst przeklejony z dyskusji na blogpressie

piątek, 16 lipca 2010

Tylko po co, panie Biedroń?

Będzie wesoło. ONR jak zwykle się zetrze z paradą. Nie wiem, kto był takim durniem w stołecznym Ratuszu, że obie demonstracje się spotkają na swoich trasach, ale na głupotę urzędników nie ma lekarstwa.
Za to jest mały promyczek. Otóż – uwaga! Uwaga! – Gazeta Wyborcza opublikowała wywiad z parą gejów z Warszawy, którzy wprost mówią to, co po cichu mówi większość polskich homoseksualistów – że parada jest bez sensu i że nie mają zamiaru na nią pójść. Homoseksualiści – zwłaszcza ze średniego pokolenia pamiętający komunę – nie chadzają na parady także z przyczyn czysto politycznych. No bo co tam robią ludzie z SLD? Nie każdy chce maszerować razem z byłymi członkami PZPR i domagać się adopcji dzieci, tym bardziej, że większość z nich wcale tego nie chce. Postulaty? Równe traktowanie heteroseksualnych konkubinatów i związków homoseksualnych. Ani jedno, ani drugie nie jest małżeństwem, ale konkubinat ma pewne przywileje w prawie, np. wspólną odpowiedzialność finansową przy braniu kredytów, konkubenci mogą się też odwiedzać w szpitalu. Z gejami i lesbijkami bywa różnie, ale to chyba raczej kwestia kulturowa.

To, co jest rzeczywistym problemem w Europie dla homośrodowisk, to dyskryminacja homoseksualistów choćby w Rosji czy na Białorusi, ale nie tylko: na Youtube można sobie obejrzeć jak wygląda parada w Belgradzie. Mam znajomego Białorusina geja, który nie miał wyjścia. Musiał uciekać, aby ratować życie. Opowieści gejów z Moskwy jeżą włos na głowie – tortury to pikuś.

Gdyby Europride była tak naprawdę po prostu imprezą techno jak w Berlinie czy Amsterdamie (niech każdy z uczestników kupi w mieście jedno piwo!) problemu by nie było. Muzyka techno i dance jest powiązana z kulturą queer, ale na Love Parade jest przecież pełno heteroseksualistów.

Polskie organizacje homoseksualne niczego pozytywnego nie osiągną, zapraszając działaczy komunistycznych i reklamując paradę hasłem „Nie lękajcie się”. Wręcz przeciwnie – parada jest swego rodzaju prowokacją, bo chyba tylko o wkurzenie działaczy katolickich i narodowych chodzi. Chcą wojny – proszę bardzo, już jest.

Szkoda tylko, że na działaniach Roberta Biedronia cierpią zwykli ludzie, którzy nie afiszują się tym z kim śpią, nie paradują w lateksowych majtach, ale po takiej paradzie mogą na osiedlu dostać w zęby od podpitego osobnika we flejersie i czaszką wygoloną na łyso.

poniedziałek, 12 lipca 2010

Upał

O polityce ani słowa. Nie chce mi się. Dość że zawyżyłam poparcie dla Jarosława na Pomorzu Zachodnim, ale i tak się cieszę, bo następne wybory będą należeć do PiS.

Jest za gorąco, by myśleć o facecie z wąsami, który podejrzanie przypomina osobnika rządzącego naszym wschodnim sąsiadem. Będzie o zwierzątkach.

Otóż właśnie przeczytałam o człowieku, który zamknął w Mielnie pieska na okrągłe pięć godzin w samochodzie. Miskę z wodą zostawił, to fakt. Szkoda, że nie pomyślał, że temperatura w samochodzie przy tych upałach może sięgać 70 stopni lub więcej. Oczywiście piesek mimo prób ratowania ze strony przypadkowej kobiety po prostu się ugotował. Rok temu reporter TVN dał się zamknąć w samochodzie na słońcu, oczywiście w asyście lekarzy. Podłączona aparatura monitorowała funkcje organizmu. Po pół godziny potrzebował już pomocy. Teraz sobie wyobraźmy psa, który się przecież nie poci i ma futro... nie ma usprawiedliwienia. Żadnego "przecież ja tylko na chwilkę na zakupy" - tak samo nie zostawiajmy pieska uwiązanego przed sklepem w miejscu, w którym praży słońce. Wziąłeś psa, człowieku, to używaj mózgu.

Co zrobić, by zwierzak przetrwał upał?
1. Woda! Zwierzę też musi dużo pić. Woda ma być lekko chłodna - dziecku też przecież w upał nie damy lodowatej wody, bo angina murowana. Innym zwierzętom też nie dajemy kostek lodu do lizania, bo to się źle skończy, tylko wodę, dużo wody.
2. Mokra bandamka na szyję. Znajoma mówi, że jej psu pomaga.
3. Spryskiwacz z wodą. Psikamy na zwierzaka. Przyjmie z wdzięcznością.
4. Jeśli nie mamy psa, tylko inne zwierzątko (szczura, królika, kanarka, cokolwiek) wynosimy klatkę do najchłodniejszego pomieszczenia w domu. Może być łazienka. Ja Borysa rok temu wynosiłam do przedpokoju, a na wakacjach puszczałam go wolno po północnej części chałupy. Zostawiamy drzwi do łazienki uchylone, by kot czy pies mógł się ochłodzić na kafelkach. Ale trochę wyobraźni - klatka z małym pupilem nie może stać przy wentylatorze czy w przeciągu!
5. Na spacer też raczej wychodzimy po zachodzie słońca. W gorących krajach nikt przy zdrowych zmysłach nie wyłazi o 14 na spacer po słoneczku.
6. Dieta lekkostrawna.

Czyli, ogólnie rzecz biorąc, zasady te same co w przypadku ludzi. A co, jeśli zwierzak się przegrał, zieje, leci mu ślina i jest wyraźnie osłabiony?
1. Natychmiast przenosimy zwierzaka w chłodniejsze miejsce, ale nie radykalnie chłodniejsze, bo można tylko pogorszyć sprawę nagłym spadkiem temperatury.
2. Kładziemy psa na boku z prosto ułożoną szyją, tak, by mógł oddychać bez przeszkód. W razie potrzeby sprawdzamy, czy język nie zatyka gardła.
3. Koniecznie kładziemy mokrą szmatkę na głowie i szyi psa.
4. Delikatnie schładzamy ciało, stopniowo polewając go letnią wodą, od piersi przez brzuch do łap. Żadnego wrzucania do zimnej wody!
5. Zwilżamy wargi wodą. Jeśli jest przytomny i chce pić - niech pije, ale nic na siłę i żadnych leków na własną rękę.
6. Po udzieleniu pierwszej pomocy jedziemy do weterynarza. Przegrzany pies jest wciąż w stanie zagrożenia życia, więc będzie przyjęty poza kolejką. Oczywiście w czasie transportu samochodem pies powinien leżeć na tylnym siedzeniu przy otwartych oknach lub włączonej klimatyzacji.
7. Po powrocie do domu ma mieć spokój, chłodne miejsce i dużo wody. Resztę zaleci weterynarz.

Czyli znowu - jak u ludzi. No i jeszcze jedno. Szczególnie ostrożnie trzeba postępować ze zwierzętami bardzo młodymi i starymi, otyłymi, chorymi, ale także płaskopyskimi jak pekińczyki.
Przecież nie posadzimy babci czy dziecka na słońcu na parę godzin, prawda?

niedziela, 13 czerwca 2010

Kiełkuję!




Dziś, w ramach odpoczynku od polityki, będzie o kulinariach.

Od Wielkanocy nieprzerwanie mam w domu hodowlę kiełków. Teściowie, jako przeciętna polska rodzina, hodowała dotąd rzeżuchę na Wielkanoc i nie wyobrażała sobie, że można hodować rzeżuchę w innym czasie, a żeby hodować coś innego? Niemożliwe! Ponieważ jednak rzeżuchy posiałam bardzo dużo, zjadanie zielonego zajęło dużo więcej czasu niż jedno śniadanie wielkanocne, i tak zostało.
Po co w ogóle są kiełki? Są do wszystkiego. Zjadane na surowo dają bombę witaminowo-mineralną. To jest jak z jajkami: jeśli kurczak w jajku odżywia się zóltkiem, to oznacza, że jest zdrowe i należy je jeść. A poza tym są naprawdę pyszne i łatwe w hodowli. Nie ma sensu kupować paczkowanych kiełów w supermarkecie, skoro mozna je wyhodować dużo taniej w domu!

1. Kupujemy nasiona. W tym celu udajemy się do kwiaciarni lub sklepu ze zdrową żywnością. Paczka nasion rzeżuchy to koszt ok. złotówki. Paczka nasion brokuła to ok. 1,20 zł. Najlepiej od razu kupić zapas 20 różnych torebek, bo hodowla znika w brzuchach domowników w tempie zastraszającym.

2. Zakładamy hodowlę. W tym celu anektujemy niezbyt nasłoneczniony parapet oraz duży talerz, który wykładamy mokrymi ręcznikami kuchennymi bez nadruków, watą lub ligniną. Wysiewamy rzezuchę i podlewamy codziennie. W ten sam sposób można hodować rukolę. Brokuły czy rzodkiewkę hodujemy w słoiku. Wsypujemy do słoika po dzemie paczkę nasion i zalewamy na noc wodą. Na wierzch kładziemy gazę i przymocowujemy gumką. Rano odlewamy wodę, zalewamy jeszcze raz i czekamy, az puszą malutkie korzonki. Wtedy odlewamy wodę i wstawiamy słoik do miski, tak, by słoik był do góry dnem pod kątem ok. 45 stopni - chodzi o to, by nadmiar wody sobie wypływał. Przelewamy wodą mineralną lub przefiltrowaną 2 razy dziennie. Uwaga - słoik po dzemie 300 g to absolutne minimum, nawet jesli się wydaje ze nasionka zajmują zaledwie połowę dna. Sami zobaczycie :)

3. Zjadamy kiełki. Kiełki mozna zjadać na kanapce, posypać nimi ziemniaki zamiast koperkiem, dodawać do mięsa, wmieszać do gulaszu czy sałatki, wrzucić do zupy tuz przed podaniem, a nawet wrzucić do nadzienia pieczeni czy posypać nimi rybę w trakcie pieczenia. Nadają się do wszystkiego (no, moze poza słodyczami!). Oczywiście kazda roślina ma nieco inny smak, np. rzezucha jest lekko pieprzna, rukola ma słodko-pikantny posmak, rzodkiewka jest mocno piekąca i jeśli uzyjemy jej do jakiejś potrawy, nie musimy dodawać ani pieprzu, ani chili. Z kiełków mozna zrobić tez znakomity sos do młodych ziemniaków i spaghetti. Bierzemy garść kiełków, trochę świezej bazylii (ale niekoniencznie, jeśli ktoś nie ma w doniczce), siekamy, wrzucamy do miseczki, podlewamy oliwą z oliwek lub olejem lnianym, doprawiamy mielonym lub świezo utartym imbirem, ewentualnie pieprzem, dorzucamy trochę drobno posiekanego czosnku, mieszamy i wstawiamy do lodówki, by się przegryzło. Można tez - uwaga, proszę pań! - zrobić z rzezuchy świetną płukankę wzmacniającą do włosów (garść rzezuchy gotujemy i taką wodą płuczemy włosy, obwiązujemy ręcznikiem i płuczemy jeszcze raz gdzieś po godzinie juz zwykłą wodą). Mozna tez zrobić maseczkę do twarzy(garść rzezuchy miksujemy dodając, w zalezności od potrzeb skóry, sok z cytryny lub odrobinę oliwy z oliwek i taką papką smarujemy twarz, spłukujemy po 10 minutach). Zresztą samo zjadanie kiełków znakomicie wpływa na stan skóry i włosów (rzezucha ma mnóstwo biosiarki). Kiełki zapobiegają nowotworom, poprawiają trawienie, wzmacniają odporność. Czyli - tańczą, śpiewają i stepują! :)

To co? Kiełkujemy? :)

czwartek, 3 czerwca 2010

Niecompetencia vulgaris



Jak czegoś nie wiem, to pytam mądrzejszych od siebie. Wydawać by się mogło, że ta zasada jest wpajana wszystkim, także urzędnikom. Niestety, wśród urzędników krąży straszliwy wirus o nazwie Niecompetencia vulgaris. Wirus nie jest śmiertelny dla nosiciela, ale powoduje znaczne uszkodzenia w funkcjonowaniu mózgu. Atak tej ciężkiej i groźnej dla otoczenia choroby właśnie przeżywają wojewoda kujawsko-pomorski oraz tamtejszy szef RDOŚ, a zarazili się najprawdopodobniej od posła PSL Józefa Ranickiego i od ministra Jerzego Millera, który niedawno publicznie o spowodowanie powodzi oskarżył bobry. Owa wypowiedź jest wystarczającym objawem wskazującym na zakażenie wirusem.

Bobry w kujawsko-pomorskiem mają być odstrzeliwane wzdłuż Wisły, bo drążą nory i niszczą wały. Ponieważ jedynym lekarstwem na Niecompetencia vulgaris jest edukacja lub dymisja, zanim podpiszę petycję o odwołanie wyżeżj wymienionych podrzucę garść informacji tymże.

1. Bóbr, jak każde zwierzę, nie jest idiotą. Nie osiedla się tam, gdzie są ludzie i gdzie są prowadzone jakiekolwiek prace. Jeśli wykopał norę w wale, to oznacza, że ludzie tam nie zaglądają, a więc nie konserwują wału.

2. Bóbr najbardziej lubi rozlewiska. Zwykle buduje sobie żeremie, a nie kopie norę.

3. Jeśli już bóbr kopie norę, to tuż pod lustrem wody. A to oznacza, że wał jest tuż przy wodzie, a więc nie spełnia swojej roli.

4.Bóbr żyje w rodzinach. Jeśli się je przestraszy zabijając jednego członka rodziny, reszta się rozbiegnie i zacznie zakładać nowe rodziny i wykopie więcej dziur w źle zbudowanych i źle konserwowanych wałach.

5 Zdecydowaną większość nor w wałach wykopują nie bobry, ale piżmaki, nornice, a nawet szczury. Na to wszystko razem nie da się polować. Jedyną metodą pozbycia się wymmienionych lokatorów z wałow jest ich solidna konserwacja.


Ponieważ jednak powyższe nijak nie dociera do urzędników, najpewniej stan chorobowy wywołany przez Niecompetencia vulgaris osiągnął takie stadium, że jedynym rozwiązaniem pozostaje natychmiastowa dymisja.

środa, 2 czerwca 2010

Dawać oryginały!

"Gazeta Wyborcza" uparcie lansuje tezę o winie Lecha Kaczyńskiego. Cytuje przy tym "Rassijskają Gazietę", w której można znaleźć tekst taką tezę stawiający. "Rassijskaja Gazieta", przypominam, jest gazetą rządową, a na czele rządu Federacji Rosyjskiej stoi szef komisji do zbadania katastrofy - Władimir Putin. W miarę inteligentny czytelnik zrozumie szybko, o co chodzi. Dziennikarze "Gazety Wyborczej" po raz kolejny udowadniają, ze albo nie sa inteligentni, albo nie chcą być.

Rzecz jasna, "Gazeta Wyborcza" nie podejmuje wątku, na który zwrócił uwagę Rybitzky i Łukasz Warzecha - dlaczego samolot był odchylony od osi pasa i dlaczego wobec tego wieża informowała pilotów, że są na właściwej ściezce? I dlaczego nagle samolot zaczął tracić wysokość? I skąd, do cholery, od razu Rosjanie wiedzeli, ze na pokładzie nie było zadnej awarii?

Jak słusznie zauważył jeden z pilotów w TVN24, stenogramy powiedziały nam niewiele, poza tym, że wbrew zapewnieniom piloci na koniec wcale się nie modlili, a co więcej - uwaga! - nie tylko świetnie znali rosyjski, ale też... białoruski! I co ciekawsze, wbrew wywiadowi z facetem z wiezy mieli z nią stały kontakt. Dlatego tak wazne jest, by w końcu do nas trafiły zapisy parametrów lotu. I to w oryginale. Nawet jeśli - jak podaje niezawodna "Gazeta Wyborcza" - miałoby się to odbyć wbrew stanowisku Rosji.